Bela Tarr swoimi autorskimi propozycjami
uplasował się na szczycie mojej listy filmów, do których nie da się nie
wracać. Operuje on niepowtarzalnym językiem, którego specyfika polega
głównie na długich ujęciach, czarno-białej kolorystyce czy
licznych zbliżeniach. Dość oszczędnie podchodzi również do dialogów.
Niesamowicie poruszająca i wymowna muzyka Mihaly Viga, który
współpracował z Tarrem przy większości jego produkcji, doskonale
dopełnia i współgra z obrazem.
Ostatnim filmem Tarra, który zdecydowanie polecam, jest „Koń Turyński” z 2011 roku. Przedstawia on wizję końca w różnych jego wymiarach. Jednak produkcją, którą chciałabym teraz przybliżyć są „Harmonie Werckmeistera” (2000). Jest to obraz małego miasteczka, jego mieszkańców i wszystkiego z czym muszą zmagać się na co dzień, ale i nie tylko…(i tu kolejny raz nie chcę nic zdradzać, bo uważam, że całość trzeba po prostu zobaczyć i co ważniejsze poczuć). Istotnym zabiegiem jest tutaj obsadzenie w wielu rolach amatorów, co daje uczucie pewnej nieprzewidywalności i realizmu oglądanych postaci. To co widzimy na ekranie jest obdarte ze złudzeń, a uczucia zużycia, niepokoju i konieczności egzystowania sprowadzonego do codziennych czynności potrzebnych do podstawowego funkcjonowania są tu wszechobecne. Brak jakiejkolwiek wyidealizowanej formy nienachalnie a jednocześnie magnetycznie skupia uwagę widza na całości obrazu.
Fabuła nie jest najważniejsza. Błędem byłoby także doszukiwanie się jakiejś konkretnej interpretacji. Każdy odbiera film indywidualnie, zależnie od doświadczenia czy po prostu nastroju. Jednak „Harmonie Werckmeistera” czy w ogóle twórczość Tarra, z pewnością nie spotkają się a aprobatą szerszej publiczności. Ciągle to co tak naprawdę buduje całą strukturę filmu pozostaje niedocenione, często wręcz niezauważone. Osobiście natomiast uważam film za absolutne mistrzostwo w każdym elemencie.
Ostatnim filmem Tarra, który zdecydowanie polecam, jest „Koń Turyński” z 2011 roku. Przedstawia on wizję końca w różnych jego wymiarach. Jednak produkcją, którą chciałabym teraz przybliżyć są „Harmonie Werckmeistera” (2000). Jest to obraz małego miasteczka, jego mieszkańców i wszystkiego z czym muszą zmagać się na co dzień, ale i nie tylko…(i tu kolejny raz nie chcę nic zdradzać, bo uważam, że całość trzeba po prostu zobaczyć i co ważniejsze poczuć). Istotnym zabiegiem jest tutaj obsadzenie w wielu rolach amatorów, co daje uczucie pewnej nieprzewidywalności i realizmu oglądanych postaci. To co widzimy na ekranie jest obdarte ze złudzeń, a uczucia zużycia, niepokoju i konieczności egzystowania sprowadzonego do codziennych czynności potrzebnych do podstawowego funkcjonowania są tu wszechobecne. Brak jakiejkolwiek wyidealizowanej formy nienachalnie a jednocześnie magnetycznie skupia uwagę widza na całości obrazu.
Fabuła nie jest najważniejsza. Błędem byłoby także doszukiwanie się jakiejś konkretnej interpretacji. Każdy odbiera film indywidualnie, zależnie od doświadczenia czy po prostu nastroju. Jednak „Harmonie Werckmeistera” czy w ogóle twórczość Tarra, z pewnością nie spotkają się a aprobatą szerszej publiczności. Ciągle to co tak naprawdę buduje całą strukturę filmu pozostaje niedocenione, często wręcz niezauważone. Osobiście natomiast uważam film za absolutne mistrzostwo w każdym elemencie.
J.

"Błędem byłoby także doszukiwanie się jakiejś konkretnej interpretacji. Każdy odbiera film indywidualnie, zależnie od doświadczenia czy po prostu nastroju."
OdpowiedzUsuńNie zgodzę się. Moim zdaniem fabuła posiada główny, zaszyfrowany przekaz. Cytat z mojej recenzji: "Film przedstawia wzajemne zależności między: społeczeństwem, władzami, inteligencją i ideologią totalitarną, w czasach gdy ta ostatnia wchodzi na scenę polityczną."
Zgadzam się jednak, że film można również interpretować po swojemu.