Bardzo mocny
obraz, wymagający od widza pewnego dystansu. Niejednostajny pod względem formy
i fabuły. Nie jest to film przedstawiający realia panujące wśród
funkcjonariuszy polskiej policji drogowej. Jest to groteskowa, co typowe dla
Smarzowskiego, wizja, w której policja gra główną rolę.
Przed
zawiązaniem centralnego wątku Smarzowski serwuje nam całe spektrum ekstremalnych
zachowań, mocno ocierając się o granice obrzydzenia i absurdu. Ostry, ale i
dowcipny język bohaterów bombarduje widza żeby potem zwolnić i ustąpić miejsca
kryminalnej zagadce. Jednak nie znika zupełnie. Śledząc poważne losy głównej
postaci (Bartłomiej Topa) jesteśmy wybijani z tego napiętego rytmu
niespodziewanymi frazami, które natychmiastowo wywołują salwy śmiechu. Temat
jest jednak poważny i wszystko to co dzieje się na ekranie jest pełne napięcia
i do samego końca skupia uwagę i zaskakuje.
Sam tytuł może wydawać się chwytliwy, zwłaszcza dla prawdziwych funkcjonariuszy jak i tych po drugiej stronie barykady. Reakcje są skrajne, wielu kończy seans z wyraźnym niesmakiem lub uczuciem zawiedzenia. Film w odważny sposób traktuje o ekstremach, przedstawiając ich esencje w możliwie najczystszej i, dla wielu, ciężkostrawnej formie. Pomimo przerysowania, nie sposób nie dostrzec paraleli między fabułą a rzeczywistością. Jednak, trzeba zauważyć, że te podobieństwa w większej mierze dotyczą drugoplanowych, w stosunku do tytułowej drogówki, sytuacji, raczej na szczeblu politycznym. Ponad to, ich nagromadzenie i sposób pokazania może wywoływać zarzut odrealnienia rzeczywistości dodatkowo ubranej w kompletną deprawację. I tu należy kolejny raz włączyć w sobie opcję „dystans.” Jeśli natomiast chodzi o samą kwestię zepsucia, trzeba pamiętać, że towarzyszy ono człowiekowi od samego początku istnienia, tylko, że my to zepsucie mamy rozłożone „na raty” i nie „bije ono po oczach” tak jak w filmie, który jest przede wszystkim artystyczną wizją podającą pewien mit polskiej rzeczywistości.
Szybka i ostra fabuła jest
zwieńczona niesamowitym, długim ujęciem z szorstką melodią w tle, co u mnie z
kolei przywołuje skojarzenie z niekwestionowanym, moim zdaniem, mistrzem tego
zabiegu – Bela Tarrem. Ten spokojny akcent kończy film, który uważam za bardzo
dobry, ciekawy i absolutnie wart oglądnięcia.
J.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz